Rowerem na południe Europy

Na przełomie sierpnia i września odbyłem swoją pierwszą zagraniczną wyprawę rowerową. Pierwotny cel był dość ambitny, dojechać na Maltę z Polski. Miałem jednak równo miesiąc czasu do dyspozycji, co oznaczałoby ciągłe patrzenie w licznik i kalendarz. Mi natomiast zależało na tym, aby pojechać bardziej turystycznie, zatrzymywać się w ciekawych miejscach i nawiązywać znajomości. Ostatecznie pociągiem dotarłem do Wiednia, a lot powrotny zabukowałem z Katanii na Sycylii.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej, gdy poprosiłem o miesiąc urlopu. Byłem też na dobrej drodze, aby pozdawać wszystkie egzaminy w pierwszych terminach. Wyprawa nie doszłaby do skutku, gdybym zostawił sobie coś na wrzesień. Rower natomiast złożyłem dużo wcześniej i przetestowałem go na dwóch 3-dniowych wypadach (Greenvelo i Jura).

Powoli dopinałem formalności, ubezpieczenia, EKUZ, lot powrotny. Szukałem też towarzysza drogi, ale na koniec nikt nie był na tyle szalony i zdecydowałem się na jazdę w pojedynkę. Wcześniej zrobiłem listę ekwipunku, skompletowałem trasy szlaków oraz przeczytałem dziesiątki relacji innych na różnych blogach. Mimo to, im bliżej daty wyjazdu, tym bardziej udzielała mi się ekscytacja połączona ze stresem. Dopiero po wyjściu z pociągu w Wiedniu ten drugi gdzieś zniknął. Nie było już odwrotu, trzeba jechać, świat czeka, aby go zobaczyć.

Podczas wyprawy prowadziłem prawie-codziennego bloga. Można go znaleźć tutaj: wlochyrowerem.tumblr.com

Wszystkie zdjęcia (ponad 300) udostępniłem na flickrze

Austria – trudne początki

Austria w moim przypadku była pogodową loterią
Austria w moim przypadku była pogodową loterią

Złożenie roweru na dworcu zajęło mi chwilę. Pociągi międzynarodowe nie mają specjalnych miejsc do przewozu rowerów. Mój po rozkręceniu jechał jako dodatkowy bagaż. Szukam bankomatu, karta działa, uff. Była niedziela, sklepy zamknięte. W centrum miasta ludzi można policzyć na palcach jednej ręki. Całe szczęście miałem nieco więcej prowiantu na start. Pokręciłem się po Wiedniu, zobaczyłem główne zabytki. Głównie od zewnątrz. Jak tylko zbliżałem się do bramy ogrodów pałacowych zostałem odprowadzony wzrokiem przez ochronę zanim zobaczyłem zakaz rowerów. Nie pozostało mi nic innego jak znaleźć szlak i obrać kierunek na Włochy.

Ale za to nie można Austrii odmówić rozmachu przy budowie ścieżek rowerowych
Ale za to nie można Austrii odmówić rozmachu przy budowie ścieżek rowerowych

Jeszcze nieco o samym szlaku. W Europie istnieje sieć długodystansowych tras rowerowych Eurovelo. Do Adriatyku prowadzi Eurovelo 9, którego budowa na odcinku w Austrii została ukończona. Mówimy tutaj nie tylko o oznakowaniu. Szlak poprowadzony jest specjalnie wyznaczonymi ścieżkami, gdzie samochody najczęściej mają zakaz wjazdu. To nie jest też tak, że nikt nie używa tej infrastruktury. Nierzadko zdarzało mi się mijać pełne bary dla rowerzystów, ale już na trasie nie było tłoczno.

Za to pogoda w Austrii to całkowita loteria. Jeden dzień świeci słońce, drugi pada, trzeci pochmurnie i tak w kółko. Nie planowałem jazdy w deszczu i już na drugi dzień zmuszony byłem znaleźć pokój, przeczekać chwilę i wysuszyć ubrania. Okazało się również, że nie zabrałem ze sobą palnika do kartusza gazowego. Znalazłem w sklepach całe działy ze sprzętem biwakowym. Nigdzie  nie było nakręcanego palnika, który potrzebowałem. Były tylko wersje z nabijanym kartuszem, którego nie można później zdjąć. To rozwiązanie sprawdza się na kempingu, ale niekoniecznie przy przewożeniu sprzętu w sakwach.

Moja improwizowana kuchenka na alkohol
Moja improwizowana kuchenka na alkohol

Była jeszcze opcja B. Przed wyjazdem testowałem wynalazek z puszki. Wystarczy ją odpowiednio ponacinać, wsunąć dwie końcówki i mamy kuchenkę na alkohol. Nie jest to liga palnika gazowego, ale wystarczyło do zagotowania wody na makaron, czy usmażenia jajecznicy. Przy tym nic nie kosztuje, niewiele waży, a gdy się zepsuje można złożyć nową. Tak sobie radziłem do końca wyprawy. Przestrzegam tylko przed używaniem benzyny, płomień jest wtedy nie do opanowania.

Słowenia – nie daj się zwieść pierwszym wrażeniom

Panorama Ljubljany z wieży zamkowej
Panorama Ljubljany z wieży zamkowej

Przed wjazdem do Słowenii zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Zdawałem sobie tylko sprawę, jak bardzo młode państwo. Niepodległość ogłosili dopiero w 1991 roku na początku rozpadu Jugosławii. Dzisiaj płacą w Euro, są członkiem UE i strefy Shengen, tak samo jak Austria i Włochy. To mi wystarczyło do zaplanowania trasy. Nie potrzebowałem paszportu, a moja karta w Euro powinna działać i tutaj. Przejazd przez granicę był nieco szokiem. Przywitało mnie bowiem wielkie, opuszczone przejście, a szlak długo ciągnął się po ruchliwej drodze. Nie pomógł też fakt, że w mieście Maribor poprosiłem o tradycyjne danie i dostałem kiełbasę nie do przełknięcia. Według kucharza wszystko było w porządku.

Wiejska droga w Słowenii
Wiejska droga w Słowenii

Słowenia mimo to bardzo chciała się zregenerować za moje nieprzyjemności. Trasa stawała się coraz lepsza i nawet dałem się namówić na drugą szansę dla tradycyjnej kiełbasy. Było warto, ale możliwe, że przez to mój żołądek później toczył ze mną wojnę domową. Było tak źle, że 30km przed Ljublaną (stolicą Słowenii) złapałem pociąg i poświęciłem dodatkowy dzień na regenereację.

Festiwal kuchni w Ljubjanie
Festiwal kuchni w Ljubjanie

Za to Ljubljana okazała się świetnym miastem, pełnym bardzo pozytywnych ludzi. Ciężko było się żegnać, ale morze tuż za górami.

Włochy – tutaj zaczyna się wyprawa

Tutaj nocna panorama miasta Palmi
Tutaj nocna panorama miasta Palmi

Wjeżdżam do Włoch. Cały czas z górki. Morze widać z daleka na horyzoncie. Zanim jeszcze dotarłem do wybrzeża poczułem, że coś jest nie tak. Chaos. Ciężko opisać specyfikę włoskiego ruchu drogowego. Jazda na zapałkę, wszechobecne skutery, klakson używany do wszystkiego… Trzeba jednak przyznać, to działa i nikt tutaj nie widzi potrzeby zmian.

Panorama miasta Trieste, za nią Morze Śródziemne
Panorama miasta Trieste, za nią Morze Śródziemne

Pierwsze kilometry wgłąb kraju to głównie rejony rolnicze. Dużo sztucznie nawadnianych pól i laguna, która utrudnia jazdę wzdłuż wybrzeża. Dotarłem za to do jednego miasta, w którym obowiązuje zakaz wprowadzania rowerów, nie mówiąc nawet o jeździe. Wenecja. Aby się tam dostać musiałem złapać prom. Nie było to jednak takie proste. Nikt nie chciał zabrać mojego roweru do miasta. Nawet mimo moich najszczerszych zapewnień, że zaraz pod dworcem kolejowym go zostawię. Dopiero miła pani wytłumaczyła mi, że rower mogę przewieźć na drugą wyspę i dopiero z niej innym promem udać się do Wenecji. Moje obawy podczas jego przypinania były ogromne. Zrobiłem nawet zdjęcie, aby pokazać policji, gdybym go już nie zastał.

Promy to jedyny publiczny i przy tym niezawodny środek transportu w Wenecji
Promy to jedyny publiczny i przy tym niezawodny środek transportu w Wenecji

Temperatury powyżej 30 stopni nie są tutaj niczym specjalnym. Przyzwyczaiłem się do niech całkiem szybko. Podczas jazdy nie stanowią problemu ze względu na pęd powietrza. Natomiast wystarczy się zatrzymać, choćby na chwilę, aby natychmiast oblać się potem. Miłą odmianą był przejazd przez Apeniny i biwak nad jeziorem Suviana. Doliny zapewniały cień i podjazdy nie były tak straszne w tym upale. Za to relaks w jeziorze po całym dniu – nie do opisania.

Jezioro Suviana
Jezioro Suviana

Do Rzymu dotarłem pociągiem z Perugii. Zyskałem przy tym 2 dni drogi. Wygospodarowałem też dzień przerwy na zobaczenie miasta. Pewnie nie będzie zaskoczeniem gdy powiem, że największe wrażenie zrobiła na mnie Bazylika Św. Piotra. Wielkość świątyni była wręcz przytłaczająca. Rzym także nieco odstaje od innych włoskich miast, które odwiedziłem. Bolonia, Florencja, Neapol, Katania – nie wydają się przyjazne do życia. Odrzucał mnie wszechobecny kamień i bardzo mała ilość zieleni. To tylko potęguje upały. Rzym w tym względzie się wyróżniał. Bardzo często mijałem skwery, gdzie można usiąść i odpocząć w cieniu drzew. Chaos na ulicach także wydawał się mniejszy.

Rzym jest ponadprzeciętnie zielony
Rzym jest ponadprzeciętnie zielony

Jeżeli miałbym wybrać najbardziej zjawiskową drogę na całej trasie – na pewno będzie to połączenie z Sorento przez Positano do Salerno. Wije się skalistymi brzegami przez miejscowości, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu były dostępne tylko od strony morza. Widoki niesamowite na tle kolorowych kaskadowych zabudowań. Ilość turystów na pewno może wszystko wywrócić do góry nogami, ale pod koniec sezonu z początkiem września było całkiem spokojnie.

Dla takich widoków warto było jechać (Sorento - Positano - Salerno)
Dla takich widoków warto było jechać (Sorento - Positano - Salerno)

Podczas wyprawy najwięcej znajomości zawarłem w hostelach. Próbowałem też korzystać z couchsurfingu dla rowerzystów – warmshowers, ale niewiele z tego wyszło. Ciężko było mi przewidzieć, gdzie się zatrzymam za 3 dni, albo czy uda mi się przejechać zakładany dystans. Często osoby odpisywały dopiero po kilku dniach, albo w ogóle.

Była za to jedna sytuacja, którą będę długo wspominał. Wjeżdżam sobie do małego miasteczka, rozsiadam się przy plaży, jem popołudniowe owocowe przekąski i poświęcam chwilę na czytanie książki. Zleciała dłuższa chwila i dobrze byłoby zacząć szukać miejsca na biwak. Zagaduje do mnie pan, bo akurat wyjeżdżając wybrałem najbardziej stromą drogę w całym miasteczku. Rozmawiamy po angielsku, co już jest dla mnie nowością. Bardzo mało Włochów mówi w tym języku. Oczywiście pyta skąd jestem. Ja z dumą – Polonia, a on na to że zna Polkę mieszkającą tutaj niedaleko.

Franco, Ania i ja
Franco, Ania i ja

Otrzymałem solidny posiłek i wygodne łóżko, za co jestem niesamowicie wdzięczny. Rozmawialiśmy na bardzo różne tematy i możliwe, że Ania wróci z mężem i synem do Polski. Będzie to już ponad 20 lat jak tam mieszka. Za to pan, który mnie zagadał nazywa się Franco. Angielskiego nauczył się podczas pobytu w Ameryce, a teraz zajmuje się sprzedażą nieruchomości we Włoszech. Tak więc jeżeli szukasz domu z widokiem na morze – napisz do mnie, a zobaczymy co da się zrobić (:

To co się ostało z domu po erupcji wulkanu
To co się ostało z domu po erupcji wulkanu

Ostatni dzień mogłem spędzić na plaży, ale to zupełnie nie w moim stylu. Ja po prostu wyjechałem na aktywny wulkan Etna. Nie zdecydowałem się jednak na zobaczenie krateru. Został do przejechania odcinek kolejką i dłuższy marsz. Trochę dużo zachodu, a ja musiałem jeszcze znaleźć karton i spakować rower przed odlotem.

Miesiąc jazdy rowerem - powrót w 2,5h
Miesiąc jazdy rowerem - powrót w 2,5h

Po powrocie do Polski miałem kalejdoskop uczuć. Cały następny dzień chodziłem z uśmiechem od ucha do ucha. Bardzo się cieszyłem, że już jestem w kraju, a mimo to chętnie spędziłbym kolejny tydzień na Sycylii. Miesiąc samotnej podróży dużo mnie nauczył. Od znajomego usłyszałem, że Polskę docenia się dopiero po wyjeździe na dłuższy czas. Coś w tym jest.

Ciekawostki – wyprawa w liczbach

Na rowerze zrobiłem ~2300km. 3 razy jechałem pociągiem. 5 razy płynąłem promem. 1 raz leciałem samolotem.

9 razy nocowałem w hostelach. 2 razy na kempingach. 1 raz u gospodyni. Poza tym na plażach, nad jeziorami, klifami, rzekami, w ambonie myśliwego, przy drodze i w lasach.

Największe przewyższenie jednego dnia – 2028 m. Wtedy też zdobyłem najwyższy punkt wyprawy – góra Etna – 1910 m. n.p.m.

Ani razu nie złapałem gumy. Jedyna awaria miała miejsce na końcu wyprawy, gdy zatarłem stery w kierownicy. Woda musiała dostać się do środka podczas deszczu i zmasakrowała łożyska.

Z rzeczy, które zabrałem i ani razu nie użyłem: rękawiczki rowerowe, mapnik (nawigowałem głównie telefonem lub po znakach) i przednie światło rowerowe (korzystałem z czołówki).

Podczas wyprawy zgubiłem statyw. Najprawdopodobniej zostawiłem go przy kręceniu timelapse’a z widokiem na port w Salerno. Zepsułem także czytnik kart SD na micro USB do smartfona, który był podstawowym narzędziem do zapewnienia bieżących zdjęć na blogu.

Aparat od początku nie chciał ze mną współpracować. Po odpięciu obiektywu nie widział innego. Pomagało tylko wyciągnięcie baterii na kilka godzin. Tym sposobem 80% zdjęć jest robiona szłem 20mm, 5% 45mm, a 15% telefonem.

We Włoszech w supermarketach nie ma małych porcji lodów. Pakowane są po kilka sztuk (np. rożki) lub duże pojemniki. Ponadto Włosi bardzo lubią biszkopty (najczęściej z mlekiem), w sklepach są im dedykowane całe regały.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.